STOWARZYSZENIE HISTORYCZNE im.DANUTY SIEDZIKÓWNY "INKI"
"...bodaj ujrzeć padając w ataku Polskę wolną i czystą jak łza"
INTRO
Biogram "Inki"
Podlaski Rajd
2016
Kontakt
Biogram "Inki"

CÓRKA LEŚNICZEGO

     
     

„Urodziłam się w Guszczewinie, pow.Bielski, jako córka leśniczego, po wybuchu wojny polsko-niemieckiej w dalszym ciągu przebywałam w tej miejscowości, w lutym 1940 roku władze rosyjskie aresztowały mego ojca, a następnie po wkroczeniu Niemców, została aresztowana moja matka i rozstrzelana w Białymstoku”.

Tak zaczyna się życiorys pisany przez Danusię Siedzikównę w gdańskim areszcie.

„Córka leśniczego” – Wacława Siedzika. I córka Eugenii Siedzikowej z domu Tymińskiej.

Bez takich rodziców nie byłoby „Inki”. Gdyby Oni nie zachowali się jak trzeba, Danusia nie mogłaby meldować o tym Babci.

     
       

Pani Eugenia z domu Tymińska urodziła się 8 października 1905 roku w majątku ziemskim w Harasimowiczach koło Różanegostoku. Przyszła na świat jako córka Jana – urodzonego w Boćkach, inżyniera i architekta specjalizującego się w budowie mostów. Ta specjalizacja była powodem zmian miejsca zamieszkania – Wilno, Lida, Kowno, Grodno i inne miejscowości stanowiły miejsce pobytu do czasu odzyskania przez Polskę niepodległości. Od tej chwili Eugenia mogła już na stałe cieszyć się spokojnym życiem w majątku u boku mamy – Heleny z domu Rzepeckiej, spokrewnionej z rodziną Orzeszków i przez to także z Elizą, polską kandydatką do literackiej Nagrody Nobla. Warto dodać, że przed zamążpójściem Pani Helena studiowała w Petersburgu. Urodziła Janowi trójkę dzieci: Aleksandra, Eugenię oraz Brunona.

     
Rodzice Pani Eugenii: Helena i Jan Tymińscy.
Pani Helena z najstarszym synem Aleksandrem

     

Eugenia Tymiński w czasie pobytu u rodziny Misiewiczów w majątku Kalno poznała młodego Wacława Siedzika, który posługując się fałszywymi dokumentami powrócił do Polski z syberyjskiego zesłania. Ta znajomość niebawem przerodziła się w miłość, o której później Eugenia powie: „Gdybym miała jeszcze raz wybierać męża, ponownie wybrałabym Wacława”.

     
Brat Eugenii - Aleksander  po lewej.
Ich mama po prawej stronie.
     
     
Pani Helena Tymińska po lewej stronie
i jej cóka Eugenia obok.
     

Wacław Piotr Siedzik urodził się 31 stycznia 1894 roku jako syn Pawła i Anieli z Kiejnów. Paweł urodził się 11 listopada 1861 roku w Nowej Wsi parafii Dąbrowa (obecnie Białostocka). Jego talent muzyczny pozwolił na podjęcie studiów muzycznych w Wilnie gdzie poznał swoją przyszłą małżonkę. Na utrzymanie zarabiał jako organista co pozwoliło mu zebrać fundusze na zakup majątku Kamienna Stara gdzie również był umarł w roku 1912 pozostawiając wdowę oraz dzieci. Pani Aniela z domu Kiejno pochodziła z Kowna i urodziła się w roku 1872 (rodzina zastrzega jednak tę datę jako umowną, zapis w księdze zgonów parafii Narewkowskiej podaje natomiast wiek osiemdziesięciu jeden lat co wskazuje na rok urodzenia 1870).

     
     
Pani Aniela Siedzik w pierwszym rzędzie trzecia od lewej.      
       

Wacław studiując w Petersburgu leśnictwo zaangażował się w działalność niepodległościową co po śmierci swojego ojca przypłacił długoletnim zesłaniem na Syberię. Powrócił z zesłania do kraju Krasnojarskiego na początku lat dwudziestych co potwierdza między innymi zapis w akcie notarialnym, w którym Wacław występuje jako świadek transakcji.

Powstające w latach dwudziestych XX wieku Lasy Państwowe bardzo chętnie korzystają z wiedzy nabytej podczas studiów przez młodego Siedzika. Zostaje on leśniczym leśnictwa Olchówka, ale z braku zaplecza mieszkalnego czasowo zajmuje pokój wynajęty w Huszczewinie (obecnie Guszczewina).

Już jako leśniczy zawiera związek małżeński z Eugenią z Tymińskich. Ma to miejsce w kościele Ojców Franciszkanów w Grodnie. Zaślubiny błogosławi o.Maurycy Mazurek z upoważnienia proboszcza Różanostockiego na co dyspensy udzielił Biskup Wileński. Uroczystość odbyła się 2 lipca 1926 roku, a świadkami byli: Nikodem Julik i Bazyli Hur.

 

     
       
     
Pan Wacław siedzi pierwszy z prawej.      
       

Braki mieszkaniowe młodego leśniczego spowodowały, że małżeństwo na początku mieszkało oddzielnie. Panna młoda przebywała pod opieką ciotki w Grodnie i tam też 13 marca 1927 roku na świat przyszła pierwsza córka Wiesława – Aniela. W następnym roku Państwo Siedzikowie powitali w swoim gronie drugą córkę – Danutę Helenę, która urodziła się już na terenie parafii narewkowskiej w Huszczewinie 3 września 1928 roku. Została ona ochrzczona wraz ze starszą siostrą 13 września 1928 przez księdza Tomasza Kalińskiego – Proboszcza narewkowskiego. Rodzicami chrzestnymi Wiesławy Anieli byli: Jan Tymiński i Helena Rzepecka. Natomiast Danutę Helenę do chrztu trzymali: Stefan Obuchowicz i Helena Tymińska.

     
     
       

Niebawem sytuacja lokalowa rodziny leśniczego Siedzika zdecydowanie się poprawiła. Nowa leśniczówka już na terenie leśnictwa Olchówka stała się domem, który zamieszkało małżeństwo z dwójką dzieci oraz Pani Aniela i siostra Wacława – Pani Jadwiga. To grono osób 19 lutego 1931 roku powiększyło się o najmłodszą córkę Siedzików – Irenkę. Ona także została ochrzczona przez ks.Tomasza Kalińskiego w Narewce dnia 12 kwietnia 1931 roku. Rodzicami chrzestnymi byli: Stanisław Łazik i Irena Bielajewa.

     
     
Państwo Siedzikowie      
       

Rodziny leśników w tym czasie miały bardzo dobry status materialny. Miało to znaczenia nie tylko bytowe, ale także społeczne. Bardzo często żony leśników prowadziły działalność na rzecz wspólnot lokalnych. Organizowały wydarzenia kulturalne, okolicznościowe uroczystości, uczyły nowych form prowadzenia gospodarstw domowych czy wreszcie zajmowały się działalnością w spółdzielniach.

Leśniczówka położona w Puszczy Białowieskiej stanowiła wyśmienite miejsce do swobodnej zabawy. Grono rówieśników odwiedzało dzieci Państwa Siedzików tylko okazjonalnie i były to najczęściej wizyty rodzinne. W niedalekiej Olchówce można było zawrzeć znajomość dopiero po rozpoczęciu nauki w szkole. Tam zawiązywały się pierwsze przyjaźnie, min. ta z Anią, późniejszą żoną Stefana Hałaburdy.

     


     

Jak się wydaje, córki leśniczego różniły cechy charakteru. Wiesia była rozważna, natomiast Danka szukała pretekstów do dobrej zabawy. Irenka natomiast wyrastała wpatrzona w obie siostrzyczki.

Niekiedy określenie „dobra zabawa” nie zapowiadało niebezpieczeństwa, które stawało się czasami konsekwencją. Uraz Danusi do broni palnej tak należy nazwać, a wziął się on właśnie z dzieciństwa, kiedy to bez wiedzy ojca zaczęła manipulować bronią myśliwską i ta nieoczekiwanie wystrzeliła.  

     
       
     

Edukacja była dla Wiesi i Danusi kolejną okazją do dobrej zabawy. Nauka nie sprawiając problemów dawała sporo okazji do radości z przebywania w gronie rówieśników. Szkoła znajdowała się w Olchówce, a więc ok. 2 km od domu rodzinnego. Najczęściej drogę tę dziewczynki przebywały pieszo. Dopóki uczęszczały do niej w komplecie wpływ Wiesi na młodsze rodzeństwo był stały i jednoznaczny. Kiedy jednak w roku szkolnym 1938/39 przeniosła się ona do szkoły sióstr salezjanek w Różanymstoku, Danka uznała ten fakt za znak przekazania roli przywódczej w gronie pozostałego rodzeństwa – czyli Irenki.

To z tego okresu pochodzi historia samowolnego wykorzystania konia taty jako środka transportu do szkoły. Było to pewnie takiego dnia, w którym ze względów zdrowotnych do szkoły nie mogła pójść Irenka. Samotna droga? Danka wymyśliła więc, że osiodła konia i pojedzie do szkoły jak amazonka. Pod nieobecność Pana Wacława zrealizowała ten plan i pewnie nikt nie poznałby tego faktu gdyby nie głód konia. Zbyt słabo uwiązany obok budynku szkolnego poszedł najeść się na pole obok. A że prawdopodobnie był mocno głodny i znudzony oczekiwaniem szkody spowodował dosyć spore. Jakie były w rzeczywistości nie wiadomo, ale właściciel uznał je za wystarczające by swoje pretensje zgłosić właścicielowi konia. Pan Wacław przyjął skargę i zapewnił, że wyciągnie konsekwencje.

Oczywiście jak obiecał tak i zrobił. Co by nie mówić, zdominowany w domu przez kobiety uznał, że największą karą będzie odizolowanie się od nich. Zamknął się więc w swoim gabinecie i nie wychodził dosyć długo. Babcia Aniela przygotowała więc kawałek ciasta i herbatę zaparzoną na wzór rosyjski w szklance, podała tacę Danusi, a ta zaniosła ją do gabinetu taty i w ten sposób wyglądały przeprosiny.

     
       
     
     

Trudno nazwać Dankę urwisem, ale była raczej aktywnym dzieckiem. Utalentowana muzycznie, bardzo lubiła śpiewać. Swoim talentem dzieliła się także w parafialnym kościele pod okiem organisty. Z tego też okresu pochodzi umiejętność gry na gitarze. Związek z Kościołem to nie tylko śpiew, ale chyba przede wszystkim dwaj pierwsi katecheci: ks.Tomasz Kaliński i od roku 1937 ks.Mikołaj Wagner. Ks.Kaliński był bliski także z tego powodu, że znał spokrewnioną przecież Elizę Orzeszkową, która była jego nauczycielką w szkole konspiracyjnej w Grodnie.

Obaj księża stracili swoje życie w wyniku represji sowieckich. Ks.Tomasz 25 czerwca 1941 roku zamordowany przez wycofującą się armię czerwoną w Międzyrzeczu, a ks.Mikołaj aresztowany w czasie duszpasterskiej kolędy u Państwa Stulgisów, następnie przetrzymywany w bielskim areszcie, zakończył życie zesłany na Syberię. Ale to miało dopiero nastąpić.

     
 
     
 Kościoł, w którym zostały ochrzczone córki Państwa Siedzików      
       
     
Ks.Tomasz Kaliński z dziećmi ze szkoły w Narewce      
       
     
Ks.Mikołaj Wagner (w okularach) z dziećmi pierwszokomunijnymi z parafii w Narewce.      
       

Tymczasem czteroklasowa szkoła powszechna dobiegała w przypadku Danusi do końca i 1 wrzesnia 1939 roku miała ona dołączyć do Wiesi, która otrzymała właśnie promocję do klasy szóstej. Siostry Salezjanki przyjęły już stosowne dokumenty, a nawet przygotowały legitymację szkolną opatrzoną pieczęcią. Młodszy brat mamy – Brunon (uczeń gimnazjum salezjańskiego), przyjechał by zabrać niewiele młodsze od niego siostrzenice do domu ich babci w Harasimowiczach.

     
Kuzyn Brunon Tymiński
i Danusia Siedzikówna (zdjęcie legitymacyjne)
     

Ostatniej wspólnej niedzieli spędzonej w leśniczówce w Olchówce Brunon zrobił pamiątkową fotografię Państwa Siedzików. Babcia Aniela, ciocia Jadwiga, mama Eugenia, tata Wacław, siostry Wiesia, Irenka i Danusia.

     
       

Jednak z wyjazdu do Różanegostoku nic nie wyszło. Wybuchła wojna w piątek 1 września. Wyjazd miał się odbyć już po rozpoczęciu roku szkolnego by chociaż jeszcze te parę dni spędzić razem. Może i szczęśliwie zaplanowano tę zwłokę? Dość, że siostra Helena Kwiecień – kierowniczka szkoły, nie doczekała się na nową uczennicę, siostrę Wiesi.

Wojna wkroczyła na ubocze leśniczówki. W niedalekiej Narewce wojska niemieckie oddały teren swoim sowieckim sprzymierzeńcom. Władza ludowa wprowadzała swoje rozporządzenia w Zycie. Dotychczasowi spokojni sąsiedzi włączali się do aparatu bolszewickiego jako szeregowi członkowie partii, ale także jako dygnitarze. Awans społeczny dawał niektórym nieograniczone możliwości. Także decydowania o losie i życiu innych. Do końca stycznia 1940 roku sporządzono listy rodzin wyznaczonych do deportacji na Syberię. Głównie leśnicy i osadnicy wojskowi. Jedni i drudzy przygotowani do prowadzenia walki dywersyjnej z okupantem. Leśnicy obowiązkowo przechodzili coroczne szkolenie wojskowe. Osadnicy mieli najczęściej doświadczenie w walce.

Jest wygodnym mitem twierdzenie, że deportacje przeprowadziło NKWD. Zaangażowanie miejscowej ludność w przygotowanie i przeprowadzenie zsyłki było bardzo duże. Największe chyba w rejonie hajnowskim i tu władza sowiecka zauważyła ten udział aktywu jako wzorowe przeprowadzenie akcji.

     
       Pan Wacław Siedzik

10 lutego 1940 roku deportowano z domu leśniczego Siedzika. Tylko pana Wacława. Dlaczego? Nie upatrujmy tu jakiejś szczególnie dobrej woli komunistów. Wystarczy przeczytać wytyczne NKWD by przekonać się jak drobiazgowo akcja ta została opracowana i jak poszczególne warianty zostały przygotowane. Faktycznie choroba dzieci zdecydowała o pozostawieniu kobiet, ale miały one być deportowane w następnej kolejności. Jeszcze raz należy to podkreślić: nikt nie stanął w ich obronie. Tylko procedury zadecydowały o pozostawieniu kobiet w domu.

Zresztą pobyt ten nie trwał długo. Kilkutygodniowa tułaczka po okolicznych wsiach zakończyła się w Narewce, w domu, którego część udostępnili rodzinie Siedzików znajomi gospodarze. Tutaj miną lata kolejnych okupacji, a pani Aniela i jej córka Jadwiga stąd odejdą do wieczności.

     
       
       
Brestskaja obłasc, Gajnowskij rajon, Narewka ul.1 maja      
       

Po jakimś czasie poczta sowiecka przynosiła listy z dalekich stron. Od syna, męża, brata, ojca – od Wacława Piotra Siedzika. Z Nowosybirskiej obłasci. Z prośbą o paczkę z jedzeniem, ubraniem. Z informacją o rodzinie.

Rok 1941 przyniósł w Narewce wielkie zmiany.

22 czerwca znany już z września 1939 roku okupant niemiecki przegonił okupanta sowieckiego. I nie było w tym specjalnych nadziej. Tym bardziej, że niemiecka administracja zaczęła od samego początku układać się z Komitetami Białoruskimi. To one dzieliły stanowiska i obsadzały lokalną policję pomocniczą. To taki właśnie komitet zamordował 30 lipca dwóch ocalałych z okupacji sowieckiej leśników: Rafała Gerharda i Stanisława Pyzela. Ciała zastrzelonych w lesie koło Świnoroj można było pochować na cmentarzu w Narewce dopiero po interwencji niemieckiego szefa żandarmerii. Rodziny zamordowanych natomiast wypędzono z ich własnych domów i przesiedlono w okolice Białegostoku.

Następnie przyszła kolej na ludność żydowską. Najpierw wyprowadzono z Narewki kobiety i dziewczynki. Poszły one w stronę Prużan. Natomiast 15 sierpnia policja pomocnicza i niemieccy żandarmi zaprowadzili pod kościół w Narewce żydowskich mężczyzn i chłopców. Pewnie w nadziei, że Polacy wychodząc ze świątecznej Mszy przyłączą się do przygotowanej rzezi. Ksiądz Euzebiusz Ciołkowski przytomnie jednak nie wypuszczał ludzi z kościoła. Znudzeni czekaniem oprawcy zaczęli grupkami odprowadzać ofiary w stronę Zabłotczyzny i dalej za tory gdzie są pochowani. Niemal dwunastoletnia Danusia Siedzikówna obserwowała te sceny na placu przykościelnym z okienka, które znajdowało się na chórze. Towarzyszyła jej przyjaciółka i zarazem sąsiadka z lat dziecięcych – Wanda Górska zwana „Dziunią”.
     
Pani Eugenia Siedzik. Na zdjęciu po prawej z kotkiem.

     


Okres okupacji niemieckiej związał panią Eugenię Siedzik z ruchem oporu. Zaprzysiężona jako żołnierz Polskiego Państwa Podziemnego współpracowała min. z Genowefą Pyzel – żoną wspomnianego wcześniej Stanisława. W pamięci pani Wiesławy zachowały się wspomnienia o częstych wyjazdach i tajemniczych meldunkach przenoszonych przez matkę. Czasami do tego celu były wykorzystywane także córki, które przenosiły przesyłki do Narwi i Białegostoku. Co było przedmiotem działalności? Czy jedynie służba łączności? Trudno dokładnie określić. Więcej światła rzuca na to samo śledztwo w gestapo, ale za nim do niego doszło miało miejsce pewne wydarzenie.

Otóż wracając pewnego dnia z Białegostoku do Narewki pociągiem, jeszcze na stacji, Pani Eugenia Siedzik przeczytała umieszczony na słupie ogłoszeniowym list gończy za Mirosławem Matuszewskim określonym jako cichociemny. W rzeczywistości cichociemnym nie był, ale dla okupanta stanowił poważne zagrożenie i stąd przedsięwzięto takie poszukiwania.

Pani Eugenia podekscytowana treścią listu gończego opowiedziała o tym w przedziale wagonu. Informacja, że poszukiwany jest bratem ciotecznym męża pani Siedzik zainteresowała szczególnie ówczesnego burmistrza Narewki niejakiego Piotra Kabaca. Ów Kabac po powrocie do domu zwołał członków lokalnego Komitetu Białoruskiego i wspólnie napisali oni donos do gestapo. Skutkiem tego działania było aresztowanie przeprowadzone w Narewce przez gestapo 25 listopada 1942 roku. W nocy przeddzień aresztowania wróciła z nielegalnej wyprawy za Bug pani Genowefa Pyzel. Bardzo często odbywała takie wyprawy, także do Warszawy. Oczywiście nielegalnie i w konspiracji. Niestety aresztowanie, w czasie którego miano zatrzymać jedynie panią Siedzik skończyło się również aresztowaniem pani Pyzel. W domu Eugenii Siedzik znaleziono również dwa aparaty fotograficzne Leica z materiałem fotograficznym, paczkę gazetek podziemnych oraz dwie paczki, których zawartości rodzina nie znała. Funkcjonariusze zabrali też część prywatnej biżuterii.

Rozpoczęło się brutalne śledztwo, które prowadzono przez trzy miesiące w gestapo by następnie przewieźć obie panie do białostockiego więzienia. Osadzona Siedzik otrzymała nr akt IV A35321/42 48/42. Akta pani Genowefy różniły się jedynie grupą ostatnich cyfr: 49/42. Obie zachowały się w śledztwie dzielnie o czym świadczy brak jakichkolwiek zatrzymań w ich siatce.

Aresztowanie matki spowodowało przymusowe przenosiny córki Wiesi i Irenki do Harasimowicz. Tam przebywały obie pod opieką babci Heleny i stamtąd parokrotnie nosiły paczki do aresztowanej Eugenii. Dwukrotnie też udało się im spotkać mamę na schodach więziennego szpitala.

     
Babcia Aniela      
     

W tym samym czasie Danka przebywała w Narewce razem z babcią Anielą i ciocią Jadwigą. Danka również  kilkakrotnie pieszo chodziła do Białegostoku by zanieść paczkę i ukradkiem spotkać chorą panią Siedzik w okolicach szpitala. Należy pamiętać, że najkrótsza z możliwych tras pieszych na odcinku Narewka- Białystok wynosi 60km. Zdarzało się, że czternastoletnia dziewczynka pokonywała ten odcinek w ciągu jednej doby. Raz zagrożona niebezpieczeństwem godziny policyjnej musiała przenocować niedaleko Narewki. Zapamiętana została przez córkę gospodarzy jak moczyła zbolałe nogi w misce wody.

Niestety we wrześniu 1943 w jednej z masowych egzekucji (16 lub 18 września) obie panie zostały rozstrzelane w nieznanym miejscu kaźni.

Wcześniej, 6 czerwca 1943 roku zmarł w Teheranie ojciec dziewczynek Pan Wacław. Po opuszczeniu Rosji sowieckiej razem z armią Gen.Andersa aktywnie pracował w obozie dla ocalonych. Niestety zakażenie krwi, które pojawiło się w wyniku wcześniejszego odmrożenia doprowadziło do zgonu. Informację o tym rodzina otrzymała już po wojnie, w 1947r. razem ze zdjęciem mogiły od Jadwigi Mączewskiej – także zesłanej z terenu Puszczy Białowieskiej w lutym 1940 roku.

     
Cmentarz w Teheranie i kwatera Pana Wacława Siedzika.




Zdjęcie kwatery pochodzi ze strony:
nieobecni.com.pl
     

Przed śmiercią pani Eugenia kilkakrotnie przesyłała do domu w Narewce grypsy. Zawierały one także informacje ze śledztwa min. nazwiska narewkowskich donosicieli z Komitetu Białoruskiego. Pani Aniela Siedzik dokonała wówczas niesamowitego gestu przebaczenia mówiąc by pozostawić Bogu sprawiedliwość nad winnymi śmierci synowej. Podobnie w przyszłości powie córka pani Eugenii Wiesława na scenie narewkowskiego kina tuż przed otwarciem wystawy poświęconej jej młodszej siostrze Dance. Piękny przykład miłosierdzia wobec winowajcy. Szkoda, że niewłaściwie odczytany przez potomków donosicieli i przez ich spadkobierców ideologicznych.

Na przełomie 1942/43 Danusia podejmuje decyzję o wstąpieniu do konspiracji. Zna niektóre osoby z siatki wiec może nawiązać kontakt. Pierwszym jej przełożonym oraz osobą, która przyjęła przysięgę jest Stanisław Wołonciej „Konus” z placówki AK w Porozowie, ale znany w Narewce sprzed okupacji. Z zawodu leśnik, ale w organizacji odpowiedzialny min. za dział gospodarczy. Miał stałe kontakty z Białymstokiem i stąd pewnie częsta obecność w Narewce.

     
Stanisław Wołonciej "Konus"
   

Danuta Siedzikówna przybiera pseudonim „Inka”. Trudno podać powody takiego wyboru. Nie przetrwały informacje na temat koleżanki o tym imieniu, która by stanowiła pierwowzór pseudonimu. Nie ma też innych przesłanek. Na krzyżach prawosławnych natomiast łatwo spotkać taki napis pisany cyrylicą, który odczytać można jako INKA (oryginalnie oznacza zwycięstwo). Ale to tylko hipoteza. Bez specjalnego znaczenia.

„Inka” pojawia się w czerwcu 1943 roku na terenie Puszczy Białowieskiej jako łączniczka z VI Uderzeniowym Batalionem Kadrowym z Warszawy pod dowództwem kpt. Ignacego Telechuna „Dęba”. W oddziale tym służyło dosyć dużo sanitariuszek co mogło dać młodej dziewczynie okazję do nauki zasad służby medycznej. Jednocześnie, ta znajomość z oddziałem UBK może tłumaczyć skąd Danuśka znała piosenkę „Wymarsz Uderzenia”, która  powróci w dniu aresztowania w 1946 roku.

W okresie późniejszym łatwo się domyśleć, że oprócz obowiązków domowych i organizacyjnych, „Inka” starała się funkcjonować także w środowisku rówieśniczym. Była bardzo towarzyska i mimo tragicznych wydarzeń rodzinnych chętnie umilała innym czas swoim śpiewem. Z tego okresu została między innymi zapamiętana w rozpiętym kożuszku, bez czapki na głowie idąca środkiem ulicy i śpiewająca.

     
     

W konspiracji zastało „Inkę” tzw. wyzwolenie w lipcu 1944 roku. Wtedy też do Narewki wraca Wiesia i obie dziewczyny snują plany na przyszłość. Nauka, praca, rodzina. Wiesia jest współzałożycielką miejscowego teatru amatorskiego. Chce występować na scenie, spotykać się z rówieśnikami, po prostu żyć jak inni młodzi ludzie. Danka podejmuje pracę w Nadleśnictwie Narewka z siedzibą w Świnorojach. Codziennie na ulicach Narewki mijają osoby, które brały udział w deportowaniu ojca lub aresztowaniu matki. Obie dają przykład wybaczenia. Chcą żyć.

     
     

Do normalnego życia wraca także dowódca konspiracyjny „Inki” – „Konus”. Zostaje leśniczym, żeni się. Razem z żoną „Werą” oczekują narodzin syna.

Ale już na jesieni do Puszczy Białowieskiej trafia oddział dowodzony przez Leona Lecha Beynara „Nowinę” (oczywiście Pawła Jasienicę). Miejscowa siatka musi zaktywizować się na nowo. Potrzebne jest zapatrzenie w żywność i leki dla ukrywających się żołnierzy 5.Wileńskiej Brygady. W tym czasie w szeregi AK wstępuje Wiesia Siedzikówna i pięć innych dziewcząt. Przechodzą przeszkolenie sanitarne pod okiem lekarki – prywatnie siostry batiuszki z Narewki. Doktor Luba – tak ją zapamiętały. Trudno dzisiaj odtworzyć nazwisko, ale wskazuje to na brak hermetycznych stosunków wyznaniowych w tym środowisku.

     
     

W międzyczasie nasila się współpraca lokalnych działaczy komunistycznych z nową władzą. Mnożą się donosy, a ich śladem idą aresztowania. Cudem udaje się małżeństwu Wołonciejów we własnym domu wyleczyć chorego por.”Nowinę”. Na święta Bożego Narodzenia cała grupa białowieska ukrywająca się do tej pory niedaleko Świnoroj przechodzi na tereny bardziej przyjazne podziemiu niepodległościowemu w okolice Łubina Kościelnego. Siatka narewkowska ma mniej pracy, ale zagrożenie zdaje się narastać. Niebawem działacze białoruscy donoszą na „Konusa” i „Werę”. Stanisław ucieka do lasu gdzie tworzy oddział złożony z podobnie jak on zagrożonych aresztowaniem. Żona natomiast szuka schronienia w Hajnówce i tam udaje jej się zgubić trop.

W momencie zakończenia działań wojennych w Europie Danuta Siedzikówna nadal pracuje w Nadleśnictwie. W Lasach Państwowych ma wielu znajomych swoich rodziców. Lubi tę pracę i środowisko. Zbliża się odpust w parafii p.w.św.Jana Chrzciciela w Narewce. Dodatkowo przypada on tego roku w niedzielę. Plany na sobotę po pracy obejmują pewnie przygotowania do uroczystości nie tylko religijnych, ale także domowych. Pewnie przyjdą goście, albo w gości pójdą panny Siedzikówny. Czas w pracy mija powoli i nagle, około południa wpada do budynku Nadleśnictwa banda NKWD. Aresztują wszystkich pracowników. Jest 23 czerwca 1945r. Aresztowani w eskorcie prowadzeni są za samochodem ciężarowym w stronę granicy. Obce służby aresztują obywateli Polski i prowadzą w stronę ruskiej granicy niemal dwa miesiące po podpisaniu kapitulacji przez III Rzeszę. To jest wyzwolenie?

Tego samego dnia i  niemal w tym samym czasie ginie niedaleko Narewki, koło wsi Podborowisko, „Konus” oraz dziesięciu jego podkomendnych. Część żołnierzy z bratem „Konusa” – „Wróblem” wymyka się z okrążenia. Reszta trafia do niewoli i doświadcza nie tylko przemocy NKWD ale także upokorzeń ze strony mieszkańców białoruskich wiosek.

     
   
     
 
Taka szczególna informacja o aresztowaniu pracowników Nadleśnictwa Narewka
     
       

Na szczęście druga część oddziału „Konusa” znajduje się w tym czasie w innej części Puszczy Białowieskiej pod komendą Stanisława Aleksandrowicza „Brońpolskiego”. To on widząc konwój NKWD zmierzający w stronę granicy z Sowietami podejmuje decyzję ataku. W jego wyniku udaje się odbić kilka osób. W tym gronie jest także Dausia i jej kolega Bronisław Bancerewicz - gajowy.

Świadkiem akcji „Brońpolskiego” w lesie są wracające ze szkoły w Hajnówce Irenka Siedzikówna i jej koleżanka Tereska Stulgis, które leśną drogą wracają do Narewki na odpust. To jest ostatnie spotkanie Danusi i Irenki.

Następnego dnia oddział „Brońpolskiego” zatrzymuje pociąg kolejki wąskotorowej wiozący hajnowską pielgrzymkę z odpustu św.Jana. Wśród pielgrzymów był ks.Władysław Hładowski – hajnowski wikary. Z jego relacji wiemy, że oddział ten wcześniej uczestniczył we Mszy świętej w Narewce, a następnie poprosił o błogosławieństwo. Zmieszany tą prośbą ks.Hładowski odmówił niestety żołnierzom tej posługi. Można domyślać się, że przeżycia poprzedniego dnia wymagały pokrzepienia młodych serc.

Tak zaczęło się życie Danki w oddziale leśnym. To już nie służba w siatce. Inne obowiązki i warunki. Inne wyzwania. Po tygodniu „Brońpolski” oddaje się pod komendę mjr.Zygmunta Szendzielarza  „Łupaszki”. Cały grupa trafia do 1 szwadronu dowodzonego przez por.Zygmunta Błażejewicza „Zygmunta”, ale służą już u niego dwie sanitariuszki. Stąd decyzja o przydziale dla „Inki” w komapii „Piasta”, z której następnie trafia do 4 szwadronu por.Mariana Plucińskiego „Mścisława”. Tutaj spotyka część znajomych z okresu kiedy ukrywali się oni w Puszczy Białowieskiej. „Żelazny”, „Zeus”, „Lufa” i inni. Z nimi będzie już związana właściwie do końca swojego bardzo krótkiego życia.

     
   
   
 
 
     
       

„Mścisław” to wcale nie wyjątek w gronie Żołnierzy Wyklętych. Przedwojenny student posługujący się czteroma językami. W 1944 roku chciał pracować radiu. Ale tak jak wielu jego kolegów władza ludowa zmusiła do podjęcia na nowo walki z nowym okupantem.

4 szwadron stanowił coś w rodzaju oddziału kadrowego. Z nim najczęściej przebywał mjr.”Łupaszka” w okresie podlaskim. Rzeczywiście rok 1946 potwierdził, że w tej grupie znalazł się świetny materiał dowódczy.

Jednak zanim przyszedł rok 1946, 5.Wileńska doczekała się we wrześniu 1945 demobilizacji. Była ona niejakim zaskoczeniem. Każdy próbował więc odnaleźć się w nowej rzeczywistości ponownie. Podobnie zrobiła Danka. Nie mogąc wrócić do Narewki szukała dla siebie jakiegoś miejsca. W październiku trafiła do swojego starszego o pięć lat wujka Brunona, który mieszkał wówczas w Białymstoku i zaopiekował się poważnie chorą siostrzenicą. Po rekonwalescencji podjęła naukę w gimnazjum w Nierośnie koło Dąbrowy Białostockiej gdzie swoją szkołę przeniosły Siostry Salezjanki z Różanegostoku. Uczennicą tej szkoły była już w tym czasie także Wiesia, a jedną z nauczycielek babcia Helena. Zapowiadał się spokojny okres w życiu obu sióstr, ale trwał on tylko do stycznia 1946. Wtedy to Wiesława pojechała odwiedzić przebywające w Narewce babcię Anielę i siostrę Irenkę, która nadal uczyła się w Hajnówce. Niestety w czasie podróży na stacji w Białymstoku rozpoznał Wiesię, jak go sama określiła, „znany polakożerca” o nazwisku Ochrymiuk. Zatrzymanie trwało dziesięć dni. W tym czasie Wiesia nie była bita, ale przesłuchiwana nieprzerwanie od godziny 7 do 22. W nocy dokarmiały ją i otaczały opieką współwięźniarki. Jak sama twierdziła, bez ich pomocy nie wytrzymałaby.
Od samego początku było wiadomo, że śledztwo prowadzone jest ze względu na „Inkę”. Kiedy wypuszczono więc Wiesię na wolność zdawała sobie ona sprawę, że jest śledzona. Udało jej się zgubić dwóch tajniaków na terenie Białegostoku. Natychmiast po dotarciu do Nierośna siostry podjęły decyzję o opuszczeniu tego miejsca. Wiesia udała się do Gdańska, a Danka do Olsztyna.

     
Szkoła w Nierośnie
   
 Wujek Brunon Tymiński
     

Danką w tym czasie zaopiekował się jej chrzestny ojciec Stefan Obuchowicz, pracownik Regionalnej Dyrekcji Lasów Państwowych. Dał jej swoje nazwisko oraz zatrudnił w Nadleśnictwie Miłomłyn. Panna Obuchowicz podjęła znaną już jej pracę kancelistki. Nazwisko chrzestnego przylgnie na bardzo długo do „Inki”. Tak zostanie pierwotnie upamiętniona w gdańskim kościele p.w.św.Bartłomieja w Gdańsku.

W Miłomłynie kolejny raz wydawało się możliwe spełnienie marzeń. Chociażby tych o nauce lub innych, o powrocie ojca. Wówczas jeszcze dziewczynki nie wiedziały, że są  sierotami w pełnym tego słowa znaczeniu.

     
Budynek
Nadleśnictwa Miłomłyn
     

Ale i do tego Miłomłyna docierały macki nowej ludowej władzy. Władzy, której nie akceptowali ludzie ślubujący wcześniej wierność Rzeczypospolitej. Na wiosnę 1946 roku odbudował struktury swojej Brygady mjr.”Łupaszka” w nadziei, że walka pozwoli przywrócić Ojczyźnie dawny kształt. Z wileńskim wizerunkiem Matki Miłosierdzia w granicach Polski.

W tym samym czasie nadleśniczy z Miłomłyna poinformował pana Obuchowicza, że kancelistka opuściła miejsce pracy i udała się w bliżej nieokreślonym kierunku. Bezpieczniej było jednak w lesie. Trafiła do szwadronu dowodzonego przez por.Zdzsława Badochę „Żelaznego”. Podjęła w nim obowiązki sanitariuszki i wykonywała je sumiennie. Czasami także opatrując rannych przeciwników. Wierna przyjętej przez chrzest wierze i przysiędze składanej na krzyż.

     
     

W czerwcu udzieliła pierwszej pomocy swojemu rannemu dowódcy, który pozostawiony na czas leczenia w majątku w Czerninie koło Sztumu, tam też zginął trafiony odłamkiem granatu. Znali się od jesieni 1944 roku.

Komendę nad szwadronem przejął Olgierd Christa „Leszek”, który wspominał „Inkę” jako bardzo obowiązkową. Nie pamiętał by kiedykolwiek skarżyła się na forsowne marsze czy inne trudy wojskowej służby. Ubrana w wojskowy uniform, buty…

W lipcu wydał jej rozkaz by pojechała do Gdańska uzupełnić zasoby szwadronowej apteczki. Skrupulatnie sporządziła listę medykamentów, która w śledztwie okaże się głównym „dowodem zbrodni”.

Danka przebrała się w domu Państwa Łytkowskich w Zwierzyńcu. Mama małego Jurka pożyczyła sanitariuszce od „Leszka” ubranie i odmeldowała się u dowódcy. Wsiadła do pociągu na stacji Lipowa Tucholska i ruszyła w swoją ostatnią podróż 13 lipca 1946 roku. Do Gdańska…

Tu miała spotkać się z siostrą Irenką, która znalazła się w tamtejszym domu dziecka. Może jeszcze z przyjaciółmi?

W piątek 19 lipca żołnierz szwadronu „Czajka” przyprowadził „Inkę” do domu sióstr Mikołajewskich z Wilna, które mieszkały w Gdańsku-Wrzeszczu przy ul.Wróblewskiego 7. Było to mieszkanie repatriantek z Wilna, a jednocześnie konspiracyjny punkt kontaktowy.

Gospodynie – Helena i Jadwiga – były niewiele starsze od Danki, związane z wileńskim ruchem oporu.  Rozmowy, a później wspólny śpiew trwał do trzeciej nad ranem. Wtedy to „Inka” miała okazję nauczyć koleżanki nieznanej im piosenki: „Wymarsz Uderzenia”.

     
     

Rotmistrz Witold Pilecki powiedział o swoim śledztwie w MBP, że w Auschwitz przy nim to igraszka.

W przypadku „Inki” było jeszcze gorzej, ponieważ sponiewierano jej kobiecą godność. Bestialstwo tego śledztwa poruszyło nawet strażniczkę więzienia. Mimo wszystkich cierpień świadomie wzięła na siebie odpowiedzialność za innych i nie zdradziła nikogo. „Lepiej jak ja jedna zginę” napisała w grypsie.

3 sieprnia 1946 roku rozpoczęła się rozprawa sądowa, która była powielaną wielokrotnie komunistyczną groteską. Świadkowie i prokurator wypełniali swój „obywatelski obowiązek” wobec władzy ludowej. Tylko jeden milicjant, ten któremu Danka pomogła opatrzyć ranę, zeznawał zgodnie z prawdą – to Mieczysław Mazur.

Materialnym dowodem w sprawie zakończonej skazaniem na karę śmierci jest podwójna kartka papieru wyrwana ze szkolnego zeszytu, na której „Inka” zapisała listę leków potrzebnych w apteczne oddziału. Bandaż, gaza, wata, woda utleniona – „dowody zbrodni” wymiaru lewicowej niesprawiedliwości.

     
     
       

W imieniu skazanej prośbę o łaskę napisał adwokat z urzędu Jan Chmielowski. 19 sierpnia 1946 Bolesław Bierut nie skorzystał z prawa łaski.

     
       

Szczególnym świadkiem zbrodni komunistycznej był ks.Marian Prusak. To on udzielił rozgrzeszenia w sakramencie pokuty „Ince” i „Zagończykowi”. Przed egzekucją podał obojgu krzyż do ucałowania. Krzyż, na który oboje składali swoją przysięgę wstępując w szeregi Armii Krajowej.

W tym wspomnieniu ks.Mariana jest też opis atmosfery, która towarzyszyła skazanym na karę śmierci. Zachowanie uczestników miało podkreślić ich brak szacunku do Feliksa Salmanowicza i Danuty Siedzikówny oczekujących na wykonanie wyroku. Z tego też powodu okrzyk: „Niech żyje Polska!” wybrzmiał niesamowitym kontrastem.

     
     

Po śmierci „Inki” koledzy z oddziału oddali jej cześć fundując tablicę pamiątkową w gdańskim kościele p.w. św.Bartłomieja. Było to 5 listopada 1989 roku. Nie znali wówczas jeszcze jej prawdziwego nazwiska. Dla nich była panną Obuchowicz, która „zachowała się jak trzeba”.

     
     

Starania oraz praca prof.Krzysztofa Szwagrzyka i jego zespołu doprowadziły we wrześniu 2014r. do odnalezienia miejsca pochówku „Inki” i „Zagończyka”. Oboje mają spocząć na cmentarzu garnizonowym w Gdańsku. Uroczystości są zaplanowane na 28 sierpnia 2016 roku.

     
     
       
     
 
Biogram ten powstał dzięki życzliwości:
Pani Danuty Ciesielskiej z Rodziną
Pana Macieja Pawełka z Rodziną
Pani Marty Chmielińskiej - Jamroz
Pana Kazimierza Krajewskiego
Pana Piotra Szubarczyka

DZIĘKUJEMY